A w Tobie co dziś pękło, mamo?

To dzieje się wtedy, kiedy najbardziej chcę żeby było dobrze. Kiedy wstając rano stawiam prawą nogę w nadziei, że cokolwiek stanie się za drzwiami sypialni będzie do ogarnięcia. Przez te 10 sekund dnia szczerze mocno wierzę, że dam radę, że nic mnie nie złamie. Radzę sobie. Jakoś. Do pewnego momentu, kiedy… przestaję sobie radzić. Wtedy zaczyna się we mnie toczyć walka. I często ją przegrywam. Pękam.

Pękam każdego dnia. Każdego dnia ponoszę osobistą wychowawczą porażkę. Przedwczoraj, wczoraj i dziś, codziennie zdaję sobie sprawę, że wiele rzeczy mogłam zrobić lepiej. Gdybym tylko nie pękła. Nie każdy ma odwagę się do tego przyznać. Osobiście uważam, że powiedzieć to głośno to wyraz odwagi. Kobiecej, macierzyńskiej, ludzkiej odwagi w godzeniu się z codziennością. Bo nie oszukujmy się, nie zawsze ta nasza matczyna codzienność jest tą samą, która wymarzyłyśmy sobie kilka lat temu. Nie zawsze to wszystko nam się podoba i tak często zdarza nam się być ZŁĄ matką. Tak złą, na jakiej kiedyś nie pozostawiłybyśmy suchej nitki. Tak złą, że jakbyśmy kiedyś spotkały ją na ulicy to dałybyśmy jej w pysk. I mimo naszych starań, mimo walki z godziny na godzinę, dzieci skutecznie potrafią nas wyprowadzić z równowagi. Bo cos poszło nie po naszej myśli, bo nie było tak jak zaplanowałyśmy. Niby godzimy się z faktem, że rodzicielstwo to niezła karuzela i średnio cokolwiek da się przewidzieć ale jednak frustracja narasta wraz z kolejnym niepowodzeniem.

Każdy tak ma. Myślicie, że u mnie jest inaczej? Kiedy nie daję już rady, czuję, że się we mnie gotuje. Najgorzej, kiedy hałas, krzyki i wrzaski potęgują mój stres i nerwy. I wtedy mimo najlepszej wiedzy, super dobrych chęci i silnej walki ze sobą wybucham. Krzyczę. Wrzeszczę. Płaczę. To chwila, kiedy nie zniosę już więcej bo poziom decybeli mnie przerósł a kłębek nerwów się rozwiązał. Wiem, że to robię. Wiem, że mogłabym inaczej ale nie mogę. Przegrywam. Pękam. Widzę ich miny, rozżalone i lekko zdezorientowane i wtedy moje poczucie winy rozkłada mnie na łopatki. Wtedy jest jeszcze gorzej. Nie potrafię sobie długo wybaczyć tych krzyków i awantur, podniesionego głosu nieznoszącego sprzeciwu. Rozkazów, zakazów i głupot wszelkich jakie mówi się w złości.

Ale to są tylko momenty. Żeby nie wiem jak było źle, to tylko chwila, która się uspokaja a burza cichnie. Mimo tego, że bywa trudno, że czasem nie potrafimy powstrzymać łez a złość rozpala nasze dobre przecież serca to kiedyś przechodzi. Musimy się czasem oczyścić, powarczeć, wyzłościć, pokrzyczeć, wyryczeć się jak bóbr. Tego trzeba każdemu człowiekowi. Matce czy nie matce. A że matce zdarza się to dość często to trudno. Dzięki temu chyba mamy tyle siły i jesteśmy tak niezłomne. Dzięki tej szkole przetrwania jaką zafundowałyśmy sobie same przecież potrafimy znieść tak dużo. Czasem myślę sobie, że to cud, że to wszystko przeżyliśmy i nikt na tym nie ucierpiał. Wszyscy żyjemy i mamy się w miarę dobrze. Nadal się kochamy mimo tych naszych kłótni i żyć bez siebie nie możemy. I teraz wiem, że da się przeżyć najgorsze momenty, kiedy ich wszystkich nie lubię, kiedy najchętniej zamknęłabym drzwi z drugiej strony i nie wróciła a jednak nie zrobiłam tego.

Bo nie ma idealnych rodziców i trzeba sobie czasem pozwolić na słabości. Przyzwyczailiśmy się do tego, że wszystko chcemy zrobić szybko, najszybciej i najlepiej. I przejść płynnie do innych zajęć. Wychować dzieci nie da się na szybko, nie da się w międzyczasie. To tak jakby rodzicielstwo polegało na tym, żeby wybierać między ciągłym: „Tego nie wolno!” A „Aaa w dupie!” i Czasem dla dobra sytuacji warto sobie to „a w dupie” zastosować. Zobaczysz wtedy jak będzie prościej, bez spiny, bez presji, bez ciągłego zamartwiania. Ilu to uniknie kłótni i żali i o ile bardziej wszystko stanie się kolorowe! Inaczej się nie da.

 

 

 

 

Tagi :
Powiązane wpisy
Komentarze

Komentarze
(post)

  1. Daria napisał(a):

    Bardzo potrzebny wpis: nie obwiniajmy się, jesteśmy tylko ludźmi, każdemu zdarza się wybuchać i robić głupoty, nawet jeśli zdarza się codziennie. Popieram w stu procentach – nie ma sensu nieustannie się obwiniać. Ale. Mimo wszystko uważam, że jako matki powinnyśmy robić wszystko, by jednak nie wybuchać. Jesteśmy dorosłe i musimy mieć świadomość, że nasza złość minie, że powód złości zwykle jest błahy, a nasze nieprzemyślane słowa i czyny zostaną w naszych dzieciach na zawsze, Piszę jako dziecko krzywdzone czasem złym słowem przez swoją skądinąd najcudowniejszą matkę na świecie. I piszę jako choleryczka – matka trójki malutkich dzieci, której ciśnienie podnosi się sto razy na dobę. Walczę ze sobą, bo wiem, że jest sens walczyć. Gdy przegram – pozwalam sobie na wyrzuty sumienia, bo to skłania mnie do refleksji, co zrobiłam źle i jak następnym razem jednak się nie poddać. A przede wszystkim: jeśli wybuchnę, to potem przepraszam dzieci, bo nic: nawet mój choleryczny charakter, nawet to, że jestem przepracowana i zmęczona, nawet to że jestem matką, nie daje mi prawa, by ranić moje dzieci.

Dodaj komentarz

Korzystając z naszego serwisu akceptujesz ustawienia cookie. więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Zamknij