Podróż z dziećmi. Historia prawdziwa.

Dziś już nie jestem taka pewna czy podróżowanie z dziećmi jest gorsze niż bez nich. Po kilku tygodniach w rozjazdach myślę, że najgorzej było, kiedy musiałam ogarnąć 3 wyjazdy na  raz w ciągu jednego weekendu. My do Łodzi, Antoś do babci, Tomik z Natalką do drugiej babci. Milion walizek, toreb i pakunków. Dokonały plan działania, który jak zwykle można miedzy bajki włożyć. Plan rozsypał się na starcie, kiedy okazało się, że samochód trzeba gonić żeby dołożyć zapomniane rzeczy dla Antosia a Tomik z Natką byli tak zaaferowani, że walizkę z ciuchami zostawili na kanapie 😉 Wyjazd całą piątką to był przy tym pikuś, bo ogarniałam nas całościowo i miałam wszystko przy sobie. Przeżyć jednak tak dalekie podróże z trójką małych dzieci to wielkie wyzwanie i szczerze powiem, że nie znałam siebie z tej strony mocy.

Ponad 2600 km w tydzień, 5 osób w samochodzie, razem przez jakieś 40 godzin. Z mamowym bufetem czynnym non stop, podajnikiem wszystkiego i ze wszystkim zawsze pod ręką. Z reakcją w ciągu sekundy i odpowiedzią na wszystkie pytania. Z profesjonalnym przygotowaniem godnym najlepszej Pani Domu, kanapeczką, chusteczką i zabaweczką na każdą okazję. Zamknięci na kilku metrach kwadratowych, w wyjątkowych warunkach. Z przymusem pozostania na swoim miejscu przez za długi czas. Jakoś dawaliśmy radę, wszyscy staraliśmy się jak najlepiej mogliśmy.

Na ostatniej prostej, w powrotnej drodze do domu, kiedy wiedziałam, że to nasza ostatnia podróż coś we mnie pękło. Zrobiłam coś, czego dawno nie robiłam. Gdybym tego nie zrobiła nasza podróż trwała by pewnie do dziś. Możliwe też, że już nigdy nie wsiedlibyśmy razem do samochodu, bo gęstość atmosfery miedzy nami byłaby nie do wytrzymania.

Za dużo już było krzyku, za dużo bajek, za mało powietrza, za bardzo niewygodnie. Za wielka była nuda, za dużo gadania, za bardzo piskliwe głosy i za mało snu. Za długie korki, za długa jazda, za dużo zachcianek i za wiele kaprysów. Za głośno było i za gorąco, za bardzo martwiłam się, że Antoś nie je od 6 godzin a oni nie śpią całą drogę. Przepalił mi się system i straciłam kontrolę. Przestałam myśleć i chcieć być nadal żywym bufetem, kelnerką i animatorem.

Mam bardzo energiczne dzieci, bardzo gadatliwe, momentami aż za bardzo. Jestem poza tym ambitną matką i wiele zadań traktuję jak wyzwanie, któremu staram się sprostać z całych sił. Mimo wszystko i nie zważając na przeszkody. To tworzy we mnie często tak duże napięcie, że trudno znaleźć mi drogę aby dać upust tym oszalałym emocjom. Tak było teraz. Moja cierpliwość się skończyła, choć ja wcale tego nie chciałam.

Kiedy się zatrzymaliśmy wygoniłam ich z samochodu, wyszli bez słowa. Oddałam Antka w ojca ręce i pozamykałam okna i drzwi. Mam nadzieję, że były już do końca zamknięte kiedy.. wybuchłam płaczem! Ryczałam jak małe dziecko, łkałam, zachłystałam się powietrzem i traciłam równy oddech. Zaciskałam oczy, krzycząc przez łzy. Nie mogłam ani nie chciałam przestać. Po prostu płakałam. Długo płakałam i nie obchodziło mnie czy ktoś mnie słyszy. Zakrywałam i wycierałam zamoknięte oczy a płacz tak jakby chciał rozkręcić się jeszcze bardziej. W jednej sekundzie żałowałam, że w ogóle wzięłam ich z domu, aby zaraz mieć pretensje do siebie, że co ze mnie za matka, skoro nie potrafię znieść własnych dzieci. Płakałam długo i bardzo intensywnie. W zasadzie nie pamiętam wielu momentów w moim życiu, kiedy płakałam aż tak bardzo. Wyobraźcie sobie teraz to napięcie jakie skumulowało się we mnie podczas tych kilkudziesięciu godzin jazdy, skoro musiałam spuścić to z siebie w ten sposób. Ale mimo wszystko to było dobre. Dobre było bo mnie oczyściło. Wypiszczałam sobie pod nosem wszystkie brzydkie słowa, jakie cisnęły mi się na usta w trakcie jazdy. Wydusiłam z siebie wszystkie pretensje o mój jakże ciężki los! Wypłakałam to całe nieszczęście i niezadowolenie i wtedy mogłam już zacząć od nowa.

Czasem wydaje mi się, że nie wypada mi narzekać. Że nie powinnam tego robić, bo tyle mam, że powinnam czuć tylko wdzięczność do losu. Serio, staram się. Biorę się w garść i wstaję, poprawiając koronę po każdym upadku. Przez ostatnie lata i tak wiele się we mnie zmieniło, przestałam buntować się wszystkim i wszystkiemu, przegryzam niepowodzenia i akceptuję niewygody. Już nawet nie tłumaczę sobie, że nie pasuję to tego świata bo najzwyczajniej w świecie nie ogarniam i jakoś rzadziej ryczę w poduszkę. Ale ryczę jednak. Jestem typem typowej płaczki. Moim znakiem zodiaku powinna być beksa nie jakieś tam ryby, choć i to wodne. Wytrwałam i dałam radę, nie było tak źle. Potrafiłam przełknąć ślinę i sto tysięcy razy ugryźć się w język. Aby było miło, wspomnienia było fajne a dzieci zadowolone.

Myślę, że każdy mój dzień wygląda podobnie. Od rana bardzo się staram pójść z wirem tego zamieszania. Ale kiedy na wieczór już nie mogę, odmawiam czasem tej książeczki na dobranoc bo mogłoby z tego wyjść więcej złego niż dobrego. Dlatego też cenię sobie wolne weekendy, odskocznie od codzienności i każdą samotną wyprawę do Biedronki. W końcu i matka czasem musi się czasem zresetować bo inaczej strzelałaby piorunami złości w każdą stronę.

 

Powiązane wpisy
Komentarze

Komentarze
(post)

  1. Marta napisał(a):

    Dzięki, napisałaś cos do bólu prawdziwego, pewnie większość tego doświadcza, ale nie każda się przyzna 🙂 dla mnie wyjazdy zawsze są trudne 🙂

Dodaj komentarz

Korzystając z naszego serwisu akceptujesz ustawienia cookie. więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Zamknij