Ojciec do zabawy, matka do garów.

Matka do garów?! Tytuł, który wywoła oburzenie naczelnych mamusiek Internetu, wiem. Jestem gotowa. Stwierdzenie, które jest dość niepopularne wśród broniących równouprawnienia w domu, to fakt. To też słowa, które ciężko przechodzą przez gardło matki, która kocha swoje dzieci ponad życie bo najlepsza część ich dzieciństwa omija ją niepostrzeżenie na szmacie w kuchni. Ciężko to przyznać, trudno nie zauważyć. Ja wiem, że każda z nas tak ma. Niestety, chcąc być dobra we wszystkim licz się z tym, że coś lub ktoś na tym ucierpi. 

Bo coraz częściej wydaje mi się, że bycie matką to raczej zbiór obowiązków usługodawczych wobec rodziny niż sama radość z przebywania razem. Gdyby nie tony prania, dwa miliony ubranek do uprasowania, 3 góry jedzenia w niekończącym się przygotowywaniu i ta wciąż ulepiona podłoga to ja mogę taką matką być non stop! Niestety wygląda na to, że mamy jedyny słuszny wybór: albo wysprzątany dom albo zabawa. Bycie matką to czysta radość, szkoda, że 100% czasu z tego bycia nie można wykorzystać na przyjemności. Tuliłabym godzinami i siedziała obłożona tonem zabawek. Przekładałabym książeczki i wymyślała zagadki. Oglądałabym wciąż dziecięce przedstawienia i przyglądałabym się tworzeniu rysunków. Leniwie temperowałabym z nimi kredki i wylewała farby na wielkie kartony. Leżelibyśmy razem na za małym łóżku wymyślając wciąż śmieszne historie. Ach! Jak mi brakuje na to czasu! Obowiązki piętrzą się chytrze w zakamarkach, a mnie gryzie sumienie, kiedy upycham je z kąta w kąt.

Są dni (a nawet tygodnie) Kiedy w swoim matczynym kieracie zaczynam zapominać, co tak naprawdę jest dla mnie ważne. Zaczyna mi się wydawać, że moim dzieciom bardziej przyda się czysta podłoga czy lśniący kibelek niż mama czytająca książkę. Bo szczerze mówiąc po całym dniu sprzątania, prania i gotowania moim marzeniem NIE JEST czytanie książeczek. A to smutne jest, bo chciałabym. Nie mam już jednak siły. A kiedy ja nie mam już siły wysyłam tatusia, licząc na to, że on być może ma jakoś więcej nadludzkich mocy o tej porze. Mam takie wrażenie, bo przecież cały dzień nie było go w domu, to w końcu ma chyba COŚ do nadrobienia? I zawsze, kiedy przychodzi czas na zabawę ja AKURAT mam pełne ręce roboty, więc znów często tatuś idzie na ratunek.

Prawda jest taka, że w dzisiejszym świecie tata nadal jest „od święta”. Nasza sytuacja, kiedy mamy go w domu codziennie po 17 jest i tak mega komfortowa. Mimo tego, że jest w pracy, mamy do niego 5 minut drogi od domu. To prawie jakby był na zawołanie. Są jednak rodziny, które bez ojca żyją długie tygodnie w samotności. Są matki, którym osobiście postawiłabym pomnik za samodzielną opiekę nad dziećmi, kiedy nie ma taty. Matki te harują całymi dniami aby w rezultacie wisienkę na torcie w postaci żywiołowej zabawy w wolnym czasie … zostawić dla taty, który wrócił z tygodniowych wojaży. Bo ona nie ma zwyczajnie na to ani siły ani czasu. Robi co może aby dzień wyglądał w miarę dobrze i żeby wszystko jako tako złożyć do kupy w oczekiwaniu na męża.

Mimo tego, że staramy się zawzięcie ciągle dzielić te obowiązki z partnerem ostatecznie i tak wychodzi na to, że pranie i gotowanie to nasza działka. Model współczesnej rodziny nadal nakazuje mamie wypełniać obowiązki domowe czy się komuś to podoba, czy nie. A tata w dalszym ciągu ma za zadanie utrzymanie rodziny. Jakby na to nie spojrzeć na myśl nasuwa się znów jedno stwierdzenie: „tata do zabawy, matka do garów”

Jaki jest więc sposób aby tego uniknąć? Znalazłam drogę do sukcesu, choć wiem, że to proces, który jeszcze trochę potrwa. Współdzielę się robotą. Banał. Ale ja współdzielę się konsekwentnie. Zrobiłam z pracy w domu dobro wspólne, tym samym więcej czasu spędzamy razem. Sprzątamy razem, pierzemy razem i pranie razem wywieszamy. Gotujemy razem, razem jemy a później zmywamy też razem. Robimy sobie z tego zabawę. Takim sposobem mam wyszkolone dzieciaki w rozwieszaniu i ściąganiu prania i opróżnianiu zmywarki. Stoją ze mną przy tych garach, kiedy tata również robi coś obok. Tylko dzięki temu widzę ich jeszcze w ciągu dnia bo inaczej rozeszlibyśmy się po kątach, oni do zabawy ja do sprzątania.

O taki stan rzeczy trzeba jednak zawalczyć dość wcześnie, w sumie to najwcześniej jak się tylko da. Odkąd moje dzieci stabilnie potrafiły nieść szklany talerz czy szklankę do stołu, odtąd wyjmują naczynia ze zmywarki. Odkąd Tomik zyskał siłę w barach znosi z balkonu całe sterty prania. Wyrzuca śmieci, czy robi drobne zakupy w osiedlowym sklepiku. Natka paruje skarpetki a czasem ze mną tłucze kotlety. Wydaje mi się czasem, że taka „zabawa w dom” przynosi im więcej frajdy i satysfakcji niż ciągłe siedzenie w klockach. Ja osobiście uwielbiam klocki bawimy się razem… kiedy tylko ugotuję, pozmywam, wstawię pranie i odkurzę w domu.. ACH!

 

 

Powiązane wpisy
Komentarze

Dodaj komentarz

Korzystając z naszego serwisu akceptujesz ustawienia cookie. więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Zamknij