Żadna matka się do tego nie przyzna.

Pamiętam ten dzień. Czuję na policzkach tamte łzy nawet. Kiedy prawie bez sił weszłam po schodach pod drzwi mieszkania kilka dni po cesarce, przede mną tata dumnie niósł najmłodszego członka rodziny, który miał zaledwie kilka dni. Mieszanka uczuć. Przerażenie ze szczęściem, euforia ze zmęczeniem. Niepokój z tęsknotą. Radość i strach jednocześnie. Ból i niemoc w wielkim wirze zdarzeń wraz z nową siłą i gotowością. Stanęłam przed drzwiami, a na nich wisiała kartka. Pognieciona lekko, przyczepiona krzywo na magnes z dinozaurem. Na kartce rysunek Tomika: 2 duże ludziki, 2 małe, słonko i jedno zawiniątko. I napis: „żeby Ci zawsze świeciło słonko Antosiu! Witamy Cię w domu!”. I nagle, bez orientu to, co narastało we mnie przez poprzednie kilka dni właśnie wybuchło, a ja zasmarkana od łez wzruszenia właśnie wybuchłam płaczem. I nie wiem skąd ale taki płaczem, jakiego dotychczas nie znałam. Stałam tak w kurtce zimowej i szaliku, bidna taka i nieumyta i płakałam. Płakałam tak, jak przez całe moje życie mi się nie zdarzyło płakać. Mocno, głośno, łkając i rytmicznie pociągając nosem. Zamykałam mocno oczy ale nie chciałam hamować tych łez. Chciałam się tam wypłakać zanim weszłam do domu. Wtedy wszystko miało się zacząć. Ja, matka trójki i on, ich ojciec. Staliśmy tak przytuleni dobrych parę minut a ja wciąż płakałam. Dopiero po chwili zauważyłam, że pogniotłam jeszcze bardziej ten rysunek zdjęty z drzwi. Bałam się wchodzić, choć wiedziałam, że za drzwiami czekają z niecierpliwością jego brat z siostrą. Bałam się wchodzić bo wiedziałam, że czeka mnie teraz najtrudniejszych kilkanaście miesięcy życia. Ale weszłam. I wtedy wszystko się zaczęło.

Zaczęły się dziać rzeczy, które z pozoru wydawało mi się, że znam od lat. Znałam już przecież ten scenariusz. Wiedziałam przecież dokładnie co mnie czeka w domu z noworodkiem. Szeptem odbierałam telefony i opowiadałam co u nas słychać. „W porządku” – mówiłam i po cichutku mówiłam „pa!” „W porządku!” najprostsza odpowiedź, szkoda, że zawsze taka sama. „Czegoś Ci potrzeba?” – NIE! No coś Ty, dzięki. Radzę sobie. Szkoda, że nikt nie miał szczęścia usłyszeć tego, co kryło się za tym NIE.

„Czegoś Ci potrzeba?” – NIE! No coś Ty, dzięki. Radzę sobie.

[ TAK! Potrzebuję kogoś, kto polula za mnie Antosia chociaż raz, bo ja nie mam już siły. Potrzebuję przerwy, nie miałam przerwy od tygodni! Chciałabym się spokojnie położyć i nie drygać na każdy płacz. Potrzebuję snu bardziej niż czegokolwiek na świecie. Potrzebuję go bardziej niż kąpieli, chociaż i to by się przydało na cito. Jestem głodna! Karmię całymi dniami ale nie mam czasu zjeść porządnego obiadu, chyba przydałby się jakiś catering bo dzieci też muszą coś jeść. Nie mam nawet czasu gotować. I nie lubię! Marzę o tym, żeby ktoś sprzątnął całe mieszkanie! Nie mam kiedy tego zrobić! Co wyjdę z jednego kąta, tam w kolejnym jest ruina. Potrzebuję pomocy w sprzątaniu, tego jest już za dużo. Potrzebuję towarzystwa, spędzam pół dnia z niemowlakiem a drugie pół z kilkulatkami! Chcę porozmawiać z kimś dorosłym, bo za chwilę będę miała kaszkę zamiast mózgu. Smutno mi samej w domu. Czuję się taka samotna. Nudzę się. Chciałabym chwili dla siebie. Tylko dla siebie. Chciałabym znów sama o sobie decydować i robić to co ja chcę. Myślę czasem co bym teraz robiła, jeśli nie miałabym dzieci. I marzę o tym, żeby ktoś rozumiał o czym mówię. Przeraża mnie ten ciągły hałas, nie słyszę własnych myśli. Nawet trójki dzieci nie słyszę, kiedy wszyscy mówią na raz. Nie radzę sobie z dziećmi, wymykają mi się spod kontroli. Potrzebuję pomocy. Potrzebuję wsparcia. Potrzebuję armii ludzi, do sprzątania, gotowania, prania i prasowania. Potrzebuję żeby ktoś był przy mnie. Tak po prostu przytulił i zrozumiał. Za długo czekam aż mąż wróci z pracy, złoszczę się, że go nie ma. Czekam aż to wszystko się skończy. Mam już dość pieluch i tych grających zabawek. Nie mam siły, jestem słaba, nie umiem! Wszystko mnie boli, myślę o tym, żeby uciec z domu bo łazienka to za mało. Tam mnie zawsze znajdą. Wszędzie za mną łażą i ciągle słyszę to głośne: „maaaamooooo”! I kto to znowu płacze?! Mam tego dość! Nie sądziłam, że będzie tak ciężko! Coś tu się pokićkało, to jakaś pomyłka! Nie tak miało być! Ja chcę winaa!  ]

„Czegoś Ci potrzeba?” – NIE! No coś Ty, dzięki. Radzę sobie. – mówiłam dzielnie

Dlaczego żadna matka tego nie powie? Dlaczego żadna matka się do tego nie przyzna? Dlaczego zamyka się w domu z niemowlęciem i „radzi sobie sama”? Dlaczego nie możemy powiedzieć, że to przesrana robota i jest mega ciężko? Dlaczego stajemy się obrazem nędzy i rozpaczy i nie prosimy NIKOGO o pomoc i jeszcze udajemy, że wszystko jest ok?

Kiedy publikowałam wpis o TYM WSZYSTKIM, CZEGO NIE WIDAĆ to był pierwszy raz, kiedy przed zrobieniem zdjęć nie posprzątałam. Celowo. Zdałam sobie wtedy sprawę z tego, że właśnie tak będzie teraz wyglądał mój dom. Że czysto będzie tylko czasami i dobrze by było się z tym pogodzić. Czułam też, że nie jestem z tym sama i nie pomyliłam się. Setki komentarzy, udostępnień, dziesiątki tysięcy wejść i wiadomości od Was utwierdziły mnie w przekonaniu jaki to ważny temat. Wszystkie w tym siedzimy. Siedzimy w tym po uszy i mówmy, na litość o tym otwarcie. Że macierzyństwo to zasrana robota, że to praca ponad siły i ponad nasze kompetencje. Że to jaja jakieś po prostu. Że codziennie chcemy się z tego wypisać ale już nie ma jak i nawet kawa ani wino już nie pomaga. Ale jesteśmy w stanie to przejść, bo wiemy, że to tylko etap. Poświęcenie, praca ostatkiem sił, zwykła monotonna codzienność. Przetrwamy!

Ale jeśli ktoś potrzebowałby jednak tego wina w chłodny zimowy wieczór to tak jak obiecałam podrzucam przepis na wyborny GRZANIEC:

0,5 l wina

50 ml syropu malinowego

kilka plasterków pomarańczy/ cytryny

cynamon, goździki, gwiazdki anyżu (albo gotowa przyprawa do grzańca! a co tam!)

Wszystkie składniki umieścić w garnku i podgrzewać aż wino zacznie parować. Nie gotować. Przelać grzaniec do kubeczków/ kieliszków. I PIĆ

Zawsze chciałam robić grzaniec sama, ale nie umiałam. Nie sądziłam, że to tak banalny przepis. Jeśli spróbujesz tego zimą, Twoje macierzyństwo będzie choć odrobinę łatwiejsze 😉

 

Powiązane wpisy
Komentarze

Komentarze
(post, 7)

  1. Żaneta Tokarska pisze:

    Czuję się jakbym czytała swoje własne słowa…Mam tak samo i mówię o tym na głos. Niestety spotykam się z niezrozumieniem. Jakbym nie kochała swoich dzieci. Kocham je! Ale kocham też porządek, ciepły posiłek i prysznic. Nie radzę sobie, płaczę, jestem zmęczona. Słyszę, że powinnam odpuścić. Ale co? Nie dać dziecku jeść? Nie mieć wypranych ubrań? Czy nie myć zębów? Zaczęłam oddychać kilka dni temu. Jak z Niemiec przyjechali moi rodzice i pierwszy raz od trzech miesięcy mogłam iść po córkę do przedszkola bez wózka z synem, z którym wlekę się do przedszkola codziennie. Często z rykiem na pół miasta, bo głodny, bo niewygodnie, bo ‚niewiadomoco’. Jakie to było proste i przyjemne <3 Kocham go, ale mnie męczy. Nie wstydzę się do tego przyznać. W ogóle nie wstydzę się swoich uczuć wobec dzieci i otoczenie. Ale ludzie wokół mnie nie potrafią jeszcze tego zrozumieć. Żyją tym, że TAK mówić nie wypada. Przecież wszyscy sobie jakoś radzą. Mnie wszyscy nie obchodzą.
    Dodam jeszcze, że od mojej szwagierki często słyszę: "ja tylko chciałam pomóc". Muszę pisać, że to nie jest pomoc jakiej faktycznie potrzebuję i często w stu procentach nieproszona? Męcząca…
    Dziękuję za ten tekst. Może niedługo ludzie zrozumieją, że to nie jest antyreklama macierzyństwa, tylko po prostu rzeczywistość. Pozwolenie na przeżywanie wszystkiego takie jakim jest. Raz mamy miłość, a raz spotyka nas dołek. Nie zawsze sobie będziemy ze wszystkim radzić. Po to mamy rodzinę, męża, przyjaciół… Każdy z nas. Korzystajmy z tego!

    Pozdrawiam bardzo ciepło i życzę wesołych świąt! :*

  2. MM pisze:

    Przeskanowałaś mi głowę? Jak?? 🙂 Dziś odkryłam też blog Matki Skaut i cieszę się, że piszecie bez lukru, bo poczułam się normalniej…

  3. Karolina pisze:

    Świetny tekst, prawdziwy i normalny. Też mam trójkę dzieci 9, 7 i 3 lata. Od niedawna przesypiam noce 🙂 Już nie pamiętam życia „sprzed” dzieci… i mam ochotę czasami uciec.
    Nikt jednak nie obiecywał, że będzie łatwo. Zawsze sami bez pomocy babci, cioci czy kogokolwiek…na palcach jednej ręki mogę zliczyć wyjścia z mężem w ciągu ostatnich 10 lat. Raz byliśmy na sylwestrze! SAMI 😂 Jestem jednak cholera dumna z samej siebie że nam się udało i udaje i ciągniemy ten wòz 😂

  4. Dagmara pisze:

    Dziękuje za ten wpis!

  5. Kama pisze:

    Cieszę się, że trafiłam na Pani wpis. Jak go czytam, to mam wrażenie, że to moje słowa. Tak się czuję właśnie. Ale mimo, że czasem próbuję rodzinie, a nawet udaje mi się powiedzieć, że jest mi ciężko, że chciałabym trochę chwili dla siebie, to rodzina nie bardzo chce pomagać. Sami z taką propozycją nie wychodzą, a jak próbuję powiedziec, że muszę odpocząć, to każdy głowę odwraca. Nawet mąż nie za bardzo dziećmi się chce zajmować, bo pracuje, a ja nie i to pewnie dlatego. I tak od ponad 5 lat sama większość rzeczy robię, jeśli chodzi o dom czy dzieci. Mąż nieraz sam wpadnie na to, żeby naczynia umyć itp. Ugotuje nieraz obiad, ale poza tym mało pamieta, ze trzeba pranie wstawic, że trzeba dzieciom leki dac, jak są chore, że mają wizytę lekarską wtedy, a wtedy, że trzeba rachunki zapłacić, wszystkie takie rzeczy są na mojej głowie. Nieraz mu mówię, że też dużo robię, że jestem zmęczona, że nie pamiętam i zdarza się, że jakby rozumiał, a czasem patrzy, jakbym jakim prawem miała być zmęczona (w końcu ja nie pracuję, tylko jak on wraca z pracy to ma czas usiąść na kanapie, a ja nie mam w ogole- jak to mozliwe). Raz siostra- moja przyjaciółka najlepsza, w zeszłym roku zrobiła mi i mężowi niespodziankę. Zajęła sie naszymi dziećmi, a my po raz pierwszy od urodzenia syna ponad 5 lat temu poszliśmy na „randke”, do kina. A poza tym nikt i nic. Na szczęście w tym roku chcę otworzyć swoją wymarzoną działalność, żeby poczuć sie, że też moge coś innego osiągnąć. Córka pójdzie do przedszkola, jaksyn syn. Po wielu rozmowach, mąż na to przystał i chce mi pomóc. Może wtedy zrozumie, że ja pracując wszystkiego nie dam sama zrobić i będzie mi więcej pomagać.

  6. Ania pisze:

    Nie rozumiem. Mam dwójkę 5 i 1 lat. Pracuję na kierowniczym stanowisku. Mam duży dom prywatny. Nikt mi nie pomaga, mąż dużo pracuje. Zasuwam od rana do nocy najpierw w pracy potem w domu, sprzątam na bieżąco więc nie muszę odgruzowywac domu. Owszem jestem zmęczona ale zawszę znajduję czas dla siebie. Dzieci dają mi radość, siłę i ogromna energię. Dzieci są malutkie tylko przez chwilę, ani się obejrzyjcie a pójdą swoją drogą. Korzystajcie póki jesteście dla nich wszystkim. Bawcie sie, wyglupiajcie, calujcie ile się da bo kiedyś zatesknicie za tym szaleństwem jak będą do was sporadycznie dzwonić żeby sprawdzić czy żyjecie. Baby opanujcie się i nie narzekajcie bo jest wiele kobiet z chorymi dziećmi które oddałaby wszystko by tylko mieć to co my czyli zdrowe i wrzeszczace dzieciaki. I podejrzewam że brudna podłoga by im nie przeszkadzała. Uwielbiam moje zmęczenie każdego dnia, szczególnie ja widze śpiące dzieci wieczorem w łóżkach.

Dodaj komentarz

Korzystając z naszego serwisu akceptujesz ustawienia cookie. więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Zamknij